Przez lata ataki paniki robiły ze mną, co chciały. Serce napierdalało tak, jakby chciało opuścić organizm. Oddech wariował. Miałam wrażenie, że zaraz umrę. I robiłam dokładnie to, czego oczekiwał mój mózg. Panikowałam jeszcze bardziej. Próbowałam się uspokoić. Czyli… dolewałam benzyny do ognia. Przeczytałam kiedyś o pewnej metodzie w książce. I co? Gówno. Przez długi czas nie potrafiłam jej zastosować, bo zwyczajnie za bardzo się bałam. Mój mózg wrzeszczał:
„KURWA! UMIERAMY!”
A ja odpowiadałam:
„O BOŻE! MASZ RACJĘ!”
No i alarm wył jeszcze głośniej. Dopiero po jakimś czasie byłam tym wszystkim tak wykończona, że coś we mnie pękło. Pomyślałam:
„Teraz albo nigdy.”
I zastosowałam tę metodę.
„No i chuj… to umrę. Mam to w dupie.”
Nie. To nie była chęć śmierci. To nie były myśli samobójcze. To było całkowite odpuszczenie walki: I wtedy stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Zadziałało! Mój mózg… jakby zgłupiał. Cały atak paniki opierał się na jednym: na strachu przed śmiercią. A ja odebrałam mu broń. Atak skończył się w ciągu kilku sekund.
Do dzisiaj nie zawsze się udaje.
Ale kiedy się uda, chodzę dumna jak paw.